XXII OGÓLNOPOLSKIE SYMPOZJUM KIEROWNICZEJ KADRY MEDYCZNEJ PROFILAKTYKA I ZWALCZANIE ZAKAŻEŃ SZPITALNYCH 2017
Strona główna   Poleć stronę   Kontakt  
e-ISSN 1898-5556
ISSN 1506-8757
  Szukaj    
USA: Lekarze się boją, zwykli pacjenci tracą, a prawnicy zyskują

USA: Lekarze się boją, zwykli pacjenci tracą, a prawnicy zyskują

   Podczas rozmów o amerykańskiej służbie zdrowia często poruszany jest temat bardzo wysokich rachunków, które pacjenci dostają po wyjściu ze szpitala. Na własnej skórze doświadczają tego zarówno turyści, którym przydarzył się nieszczęśliwy wypadek w Stanach Zjednoczonych, ale również Amerykanie, którzy często za kilkudniowy pobyt w szpitalu muszą zapłacić więcej niż za luksusowy samochód prosto z salonu.

   Rachunki są wysokie, ponieważ pacjent ma wykonywanych kilka a czasem kilkanaście badań, które nie należą do najtańszych. Nadgorliwość lekarzy spowodowana jest głównie ich strachem przed pozwami i procesami sądowymi, które mogą nie tylko zniszczyć im karierę, ale w przypadku przegranej sprawy zakończyć się wypłaceniem pacjentowi odszkodowania na kwotę, za którą można kupić zarówno luksusowe auto jak i willę w Malibu.

Boli Cię głowa? Sprawdźmy zatem, czy nie masz raka mózgu. 

   Według różnych analiz przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych szacuje się, że około trzydzieści procent badań zlecanych pacjentom jest niepotrzebne, a często nawet szkodliwe. Przychodząc do szpitala z bólem głowy możemy być pewni, że zostaniemy natychmiastowo wysłani na tomografię lub rezonans magnetyczny (MRI). Ponadto lekarz zleci zrobienie zdjęcia rentgenowskiego karku oraz pobranie krwi do badania. A to wszystko dlatego, że pacjent najprawdopodobniej ma migrenę, albo rano nabił sobie guza.

   Lekarze nie chcą jednak ryzykować. Jeśli bowiem okaże się, że ból głowy nie będzie ustępował, to najprawdopodobniej pacjent na następną wizytę w szpitalu przyjdzie ze swoim prawnikiem. „Wielu lekarzy czuje się tak jakby byli na bieżni, na której musieliby uciekać przed wszystkimi możliwymi pozwami jakie mogą ich czekać, jeśli nie wykonają wszystkich możliwych testów tylko po to, żeby w przyszłości uniknąć kłopotów" - powiedział w wywiadzie dla „The New York Times" Dr Calvin Cheu z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco. W amerykańskiej prasie często pisze się o tym, że aż siedemdziesiąt pięć procent lekarzy w USA, boi się pozwów o malpractice, czyli błąd w sztuce lekarskiej.

   Zależność pomiędzy strachem przed pozwami sądowymi a nadgorliwością wśród lekarzy, znalazła grupa badaczy pod kierownictwem Emily Carrier. Analizując anonimowe ankiety wysłane do lekarzy pracujących na terenie całych Stanów Zjednoczonych oraz dane otrzymane z Medicare (program rządowy zapewniający ubezpieczenia społeczne) zauważyli oni, że lekarze, którzy najbardziej bali się tego, że staną przed sądem, wysyłali swoich pacjentów na zdjęcia rentgenowskie i tomografię dwukrotnie częściej niż pozostali. Jak wynika z analizy, ci sami lekarze bardzo pochopnie zlecali także bardzo kosztowny rezonans magnetyczny. Po wszystkich badaniach pacjent z bólem głowy dowiadywał się, że wykluczone zostały urazy czaszki, wstrząsy, rak mózgu, uszkodzenia nerwów i kręgosłupa, a co za tym idzie najprawdopodobniej wystarczy lek przeciwbólowy. Najlepiej cały karton leków, bo ból głowy może utrzymywać się bardzo długo. Szczególnie po tym jak w skrzynce pocztowej pojawi się rachunek od naszego lekarza.
 
Skąd ten strach?

   Będąc lekarzem wystarczy spojrzeć na statystyki, żeby zacząć się bać jak podczas oglądania dobrego horroru. American Medical Association podaje, że dziewięćdziesiąt procent chirurgów przynajmniej raz w swojej karierze otrzyma pozew sądowy, a ponad sześćdziesiąt jeden procent wszystkich lekarzy, niezależnie od specjalizacji, będzie musiało przejść batalię prawną przynajmniej raz, przed ukończeniem pięćdziesiątego piątego roku życia. Dodatkowo fakt, że pozwy o błąd w sztuce lekarskiej potrafią toczyć się latami, wpływając negatywnie zarówno na karierę jak i na życie osobiste lekarza. Fakt ten nie nastraja pozytywnie.

   A odszkodowania potrafią, tak jak w książkach Johna Grishama osiągać kwoty rzędu milionów. W 2002 roku w Nowym Jorku lekarz przegapił u pacjentki Stephanie Tesoriero rozwijającego się raka piersi. Zauważył on co prawda drobny guzek, ale zdecydował, że nie ma podstaw do stwierdzenia, że jest on złośliwy i wymaga dalszego leczenia. Niecałe dwa lata później narośl na piersi pacjentki miała już rozmiar piłki golfowej. Poszkodowana pozwała swojego lekarza, po tym jak przeszła mastektomię i chemioterapię. Niestety rak okazał się bardzo złośliwy skutkując przerzutami osteosklerotycznymi. Od tego czasu Stephanie Tesoriero musi dożywotnio poddawać się cotygodniowej chemioterapii. W 2012 roku za błąd w sztuce lekarskiej pacjentka otrzymała piętnaście milionów dolarów. To właśnie takie historie, których są setki, powodują strach wśród lekarzy.

   Z oficjalnych danych wynika, iż rocznie, amerykańskie szpitale i lekarze wypłacają średnio kilkanaście tysięcy odszkodowań. A nie jest przecież tajemnicą, że bardzo często prawnicy osiągają ugody za zamkniętymi drzwiami, ponieważ zła prasa dla szpitala, który przypomnijmy w USA jest prywatnym biznesem, może mieć gorsze konsekwencje finansowe niż wypłacenie odszkodowania poszkodowanemu pacjentowi.

Uzasadniony pozew czy próba wyłudzenia?

   O ile pozwy, takie jak ten opisany wcześniej mają uzasadnienie, to lekarze nie zawsze mają do czynienia z pacjentami, którzy faktycznie ucierpieli z ich winy. Wielu pacjentów, ale też prawników od lat próbuje znaleźć różne luki w prawie, które może wykorzystać tak, aby dostać odszkodowanie. Niestety z tego względu, lekarze stają się jeszcze bardziej ostrożni. Nigdy nie mogą być pewni, czy osoba, która siedzi w ich gabinecie i skarży się na ból głowy, rzeczywiście nie wie co się dzieje i potrzebuje pomocy, czy może dobrze wie jaki ma uraz i liczy na to, że lekarz zignoruje jej problem i odeśle ją do domu. Owe odesłanie pozwoli prawnikowi na budowanie pozwu o malpractice, albo na próbę wyłudzenia szybkich pieniędzy w zamian za ugodę.

   Szczególnie, że prawnicy w radiu, telewizji i na bilbordach oferują darmowe konsultacje, wyrażają chęć pomocy a wręcz zalotnie pytają „Think you might have a case?". I koniec końców to właśnie oni mają się najlepiej, bo pracując z klientami, których nie stać na ich usługi oferują układ polegający na tym, że wynagrodzenie prawnika będzie częścią kwoty wywalczonego odszkodowania. Ta część to przeważnie kilkadziesiąt procent. Dlatego jeśli następnym razem usłyszymy o kilkunasto milionowym odszkodowaniu wypłaconym w Stanach Zjednoczonych, pogratulujmy prawnikowi lub kancelarii, która prowadziła tę sprawę, bo oni również właśnie stali się bogatsi o kilka milionów.

KOMENTARZ PRAWNIKA:

   W ostatnich latach zauważamy bardzo dynamiczny rozwój prawa medycznego w Polsce. Pociąga to za sobą duże zainteresowanie mediów. W związku z tym często w kwestii ochrony zdrowia spotykamy się z porównaniem Polski i Stanów Zjednoczonych. Przykładem mogą być odszkodowania za błąd w sztuce lekarskiej, które w USA wynoszą średnio kilkanaście milionów dolarów, a w Polsce najczęściej są to kwoty rzędu kilkudziesięciu, kilkuset tysięcy złotych, a incydentalnie wynoszą kilka milionów.

Warto jednak zaznaczyć z czego to wynika.

   Mamy tutaj bowiem dwa różne modele ochrony zdrowia. W Polsce system ten oparty jest na modelu ustawowego ubezpieczenia chorobowego (tzw. Model Bismarcka). Na mocy artykułu 68 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, każdy ma prawo do ochrony zdrowia, Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Zgodnie z tym modelem mamy do czynienia z powszechnym - obowiązkowym i dobrowolnym ubezpieczeniem zdrowotnym. W Stanach Zjednoczonych system oparty jest na komercyjnym ubezpieczeniu, tzn. państwo nie gwarantuje swoim obywatelom dostępu do świadczeń medycznych, a obywatel musi ubezpieczyć się we własnym zakresie.

   Inny model finansowania ochrony zdrowia powoduje, że USA ma najdroższy system ochrony zdrowia na świecie, w Polsce - wręcz przeciwnie.

   Funkcjonowanie systemu opieki zdrowotnej oparte jest na ustawie z dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz na ustawie z dnia 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej. Główne funkcje systemu opieki zdrowotnej sprawuje Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) oraz samorządy terytorialne. NFZ jest odpowiedzialny m. in. za finansowanie świadczeń ochrony zdrowia.

   W związku z tym szpitale mają z góry określone przez NFZ limity, po których przekroczeniu, świadczenia nie są już finansowane, a szpitale muszą płacić za nie z własnych środków. To oddziałuje bezpośrednio na lekarzy, którzy z każdego udzielonego świadczenia są rozliczani i nie mogą sobie pozwolić na robienie badań, kiedy nie ma wyraźnych co do tego wskazań. Takie postępowanie wyraźnie odróżnia polską służbę zdrowia od amerykańskiej.

   Poza tym warto też wskazać, iż z powyższego wynikają różnice w leczeniu, tzn. w USA mamy do czynienia z leczeniem według przyjętych standardów, w Polsce standardów jako takich nie ma. Co za tym idzie, jeżeli mamy wyszczególnioną „instrukcję działania", łatwiej jest, w razie niepowodzenia sprawdzić, czy wszystko było zrobione poprawnie, jeśli nie - mamy do czynienia z błędem medycznym. W dużej mierze tak właśnie system działa w USA. W Polsce natomiast z powodu braku takiej „instrukcji", posługujemy się „aktualną wiedzą medyczną", która jest ściśle nieokreślona i żeby sprawdzić czy postępowanie lekarza jest zgodne z tą wiedzą trzeba powołać biegłego specjalistę, który to stwierdzi. Problem jednak pojawia się kiedy różni specjaliści mają różne zdanie na temat „aktualnej wiedzy medycznej". Stąd też bardzo ciężko jest cokolwiek orzec wśród tak dużej niejednoznaczności.

Kancelaria Prawna „Świeca i Wspólnicy” Sp. k./ 17-08-2015, 11:44, wyświetleń: 2698
drukuj drukuj


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz się zalogować.







Copyright © 2007 - 2012 Prawo i Medycyna. Wszelkie prawa zastrzeżone.